Całe Privet Drive skąpane było w ciemności. Tylko tylko z
jednego okna płynęło łagodne zielonkawe światło, a w oknie siedziała niewielka,
wszystkim dobrze znana, rudowłosa Lily Evans. Czytała właśnie niedużą książkę,
oprawioną w jasnobrązową skórę. Były to Baśnie Barda Beedle’a. Wyjątkowo wciągnięta
w lekturę, nie zauważyła, że jest godzina czwarta nad ranem, a słońce powoli
zaczynało wychylać się zza horyzontu. Gdyby bliżej przyjrzeć się dziewczynie,
można zauważyć, że jej oczy są bardzo wyjątkowe. Ciemnozielone z jeszcze
ciemniejszymi obwódkami dookoła. Z
dziwnym, tajemniczym blaskiem..
Rudowłosa uniosła głowę, a zobaczywszy złotą łunę świtu zaklęła
cicho pod nosem i zsunęła się z parapetu. Wskoczyła na łóżko i zanurzyła w
kołdrze, aż po uszy. Moment po tym drzwi pokoju otworzyły się i pani Mary Evans
zawołała od progu:
-Lily! Wstawaj! Nowy, piękny dzień tylko czeka, aby go
odkryć! Czy to nie piękne? I zaczęła głosić swe kazanie, że żaden dzień nie
może być zmarnowany, gdy otacza nas taki piękny świat. Powiedziała kilka wierszy
o niezwykłości natury, a potem podeszła do okna i otworzyła je na oścież, strącając
książkę, którą przed minutą czytała Lily. Nie zwracając uwagi na minę córki
wyszła z pokoju nucąc piosenkę Louisa Armstronga- What a wonderful world. Zielonooka
szybko wygramoliła się z pościeli i chwyciła książkę leżącą na ziemi,
sprawdzając jej stan. Na szczęście była cała. Wypożyczyła ją na wakacje, a
wiedziała, że pani Pince, czyli bibliotekarka nie podarowałaby jej gdyby
zniszczyła książkę. Lily pomyślała o szkole..
- Zaraz… Przecież dziś tam wracam! Pierwszy września! Jak mogłam
zapomnieć?
Zaczęła natychmiastowo pakować rzeczy do kufra.
-Ubrania, bielizna, książki, różdżka, kot.. Właśnie! Gdzie
kot?
Koszyk, w którym zawsze spał Edward, kot Lily, był pusty,
nie licząc aksamitnej poduszeczki. Ruda zeszła na parter w poszukiwaniu pupila.
W salonie go nie było, w łazience też nie. Liliyanne zaglądnęła do kuchni. Na ladzie siedział mały czarny kot. Trzy
szafki były otwarte. Z jednej z nich wysypane były przyprawy, z drugiej mąka, a
na podłodze leżał mały stosik zbitych talerzy.
-Widzę, że szukałeś karmy.- powiedziała otwierając szufladę
i wyciągając porcję chrupek dla kotów- Proszę cię bardzo.
Kot zeskoczył z lady i zabrał się za wyżeranie chrupek.
-Jakim cudem nauczyłeś się otwierać szafki?- zapytała Lily
-Miauu..- usłyszała w odpowiedzi.
-Tak myślałam.
Zjadła śniadanie i weszła do swojego pokoju. Ubrała się w
cienki jasnobrązowy sweter i czarne jeansy. Włosy zaplotła w gruby warkocz.
Miała jeszcze sporo czasu, więc postanowiła, że skończy książkę. Okazało się,
że ma jeszcze dużo stron do końca, więc gdy przestała czytać, wybiła dziesiąta.
Natychmiast zeszła po schodach z kufrem i zawołała:
-Tato! Mamo! Czas jechać na dworzec!
Rodzice szybko zjawili się przy niej i wszyscy razem wsiedli
do samochodu. Dojechali na dworzec dziesięć minut przed odjazdem pociągu. Lily
pożegnała rodziców uściskiem i wbiegła w ścianę, pomiędzy 9 a 10 peronem.
Przedarła się przez tłum czarodziei i dotarła do swoich przyjaciółek.
Z Dorcas Meadows i Agnes Martin przyjaźniła się już od
pierwszej klasy. Agnes, Długonoga, śliczna blondynka była bardzo władcza, ale
nie dla przyjaciół, dla nich była miła i dowcipna. Dorcas, z początku zadziorna
chłopczyca, później przemieniła się w słodką i delikatną niebieskooką brunetkę.
Obie przywitały ją bardzo ciepło i już miały wsiadać do
wagonu, gdy..
~*~
Przepraszam, że tak krótko, ale dopiero się rozkręcam.
Proszę o komentarze, bo nie wiem czy pisać dalej.







